Strach Faraona

Petach Tiqva, 2014

Strach faraona

Tora jest „Drzewem Życia dla tych, którzy się jej uchwycą” – jak mówią słowa starej modlitwy. Jest ona podstawowym podręcznikiem, instrukcją obsługi każdego z nas z osobna będącego istotą ludzką obdarowaną duszą rozumną, zdolną do wzniesienia się poza to co tylko materialne. Ta uniwersalna mądrość Tory nie przejawia się tylko na poziomie barwnych opowieści jakie są w Niej opisane, ale objawia się dzięki zrozumieniu głębszych poziomów jej znaczeń (poziomy te są 4: pszat, drasz, remesz i sod/kabała).

*

           Z zasady punktem wyjścia do naszej wędrówki w rozumieniu Tory będzie pszat ale w miarę wchodzenia w tekst i unoszenia się kolejnych zasłon wszystkie poziomy zaczną się nawarstwiać przeplatać, przenikać ze sobą, aby prowadzić każdego indywidualnie, czyli zgodnie z drogą naprawy przypisaną każdemu z nas według jego osobistego planu. Bo u każdego jest to droga uwarunkowana przez posiadany przez niego zupełnie unikalny korzeń duchowy. W miarę dalszego rozwoju odkryjemy, że na różnych etapach zostajemy skonfrontowani z wyzwaniami i wyborami jakie były udziałem pojawiających się wciągu jej narracji osób, a w końcu odczujemy, że w istocie każdy z nas posiada w sobie cechy każdej z opisanej w Torze postaci.

*

           Każdy z nas musi być świadomy, że wszystko co do nas dociera, wszystkie odczucia, wszystkie pragnienia przechodzą przez nasz osobisty filtr percepcyjny, i wszystko zostaje w nim zawsze osądzone i ocenione pod kątem przydatności a wiec zysku jaki nam przynosi. Służy to temu aby określić co jest dla nas korzystne – bo nikt z nas nie jest wstanie wykonać żadnego ruchu, dokonać jakiegokolwiek czynu bez oczekiwania jakiejś formy zapłaty, zysku. Tak działa prawo natury. Dopiero kiedy natężenie pragnienia przekracza granicę inercji lenistwa pojawia się motywacja aby w końcu wykonać ruch w kierunku zaspokojenia pragnień. Muszę być naprawdę spragniony aby w końcu wstać i sięgnąć po szklankę z wodą. Wiec nacisk –kaszijut – pragnienia musi być większy niż przyrodzona niechęć do ruchu i zmiany. Czyli zysk związany z wykonaniem danego ruchu musi przewyższać zadowolenie z pozostawania w niezmiennym pierwotnym stanie.

*

Hebrajczycy cierpieli w Egipcie w jarzmie niewoli Faraona i ich niewola stawała się coraz bardziej dokuczliwa.

*

Kim jest jednak Faraon, kim uciskany lud skoro kabała naucza, że obydwa te byty są określeniami cech obecnych we mnie samym?

           Faraon to władca Egiptu jako obecny we mnie jest władcą mnie samego – mojej istoty. To on określa to wszystko czym i kim jestem dla siebie samego. Faraon nie zna Boga Hebrajczyków. Sam dla siebie jest bóstwem najwyższym.

*

Jego przeciwieństwem jest lud Hebrajczyków. Też obecnych w nas. To ta część która ma świadomość istnienia Boga Abrahama, Itzhaka i Jakuba. Ta część w nas, która ma zdolność wołania w Górę w nadziei wyzwolenia.Jest to też symboliczne odwzorowanie wielkości i rozliczności naszych pragnień. Ich wydostanie się zaś na zewnątrz to przekroczenie granicy podległości faraonowi. Ale na etapie wstępnym faraon nawet nie dopuszcza do siebie jakiejkolwiek możliwości wysłuchania ich wołań.Po prostu nie ma takiej możliwości.

*

W komentarzach Rasziego czytamy, że faraon cierpiał na zaburzenia trawienia powodujące stałe obstrukcje. Nic przez niego nie przechodziło dalej – wszystko co do niego trafiało było zatrzymywane w środku. Funkcjonował na zasadzie czarnej dziury. Nie było przepływu. Ta potrzeba akumulacji, gromadzenia i zbieractwa znalazła swoje ujście w tym, że nawet Hebrajczyków zatrudnił do budowy dwóch miast: miast -spichlerzy. Jest to ciekawe ponieważ sam tytuł Faraon też ma odniesienia do obiektu budowlanego a mianowicie słowo faraon oznacza „wielki dom” w języku egipskim.Obydwa te miasta miały stać się miastami spichrzami, gigantycznymi magazynami i z komentarzy wiemy, że nie było to ich pierwotną funkcją. Miasto jako coś co jest naturalnym miejscem osiedlania się ludzi miało zostać obwarowane i zamienione w twierdze magazynowe. Te dwa miasta to Pitchom i Ramses.

Pi-Thom oznacza usta otchłani, czyli usta czegoś nienasyconego, zaś Rameses oznacza trawienie, trawienie poprzez zło, czyli jecer ra. Samo trawienie nie jest niczym przeciwnym naturze – ale trawienie nieustanne jest nienasyconym żarem tym bardziej kiedy zrozumiemy, że to obwarowywanie tych dwóch miast ma głębokie symboliczne znaczenie.     Teraz weźmy pod uwagę, że to faraon w nas czyli nasz obraz siebie samych, zatrudnia dobudowy tych miast-twierdz-spichlerzy Hebrajczyków w nas, czyli te cząstkę naszej istoty, która ma świadomość istnienia i braku Boga. To narzucone zajęcie ma ich zneutralizować. Zatem gromadzenie, budowa spichlerzy ma zagłuszyć nasze wołanie o wolność oddawania czci Jedynemu.

*

Budowanie murów nad ustami otchłani (Pi-Thom) to działanie podobne do cembrowania nieskończenie głębokiej studni. Cembrowina nie tylko utrwali istnienie otchłani, ograniczy ją w wymiarze poziomym zabezpieczając wylanie się wód na zewnątrz ale też zabezpieczy przed tym aby cokolwiek dostało się do środka. Obmurowywanie Ramses – to ujmowanie w karby murów stanu wewnętrznego trawienia poprzez nigdy nie nasycone pragnienia jecer ra, czyli naszego pragnienia otrzymywania. To próba zamknięcia w bezpiecznych granicach,ujarzmienia dwóch nienasyconych żywiołów. Czyli pozornie coś bardzo konstruktywnego i pożytecznego. Pożytecznego i konstruktywnego – ale dla faraona jedynie.

*

Wydawałoby się wiec, że Hebrajczycy zostali zaprzęgnięci do niewolniczych robót w bardzo pozytywnym celu. A jednak tu jest pewien mały szczegół: to ta praca czyni z nich niewolników. Dokładnie tak jak budowanie w sobie fałszywego obrazu faraona, boga-króla na ziemi. Gdy brakuje im zapału pojawiają się zaraz nadzorcy faraona i biczem zachęcają do większego zaangażowania. W efekcie determinacja pracujących jest tak duża, że kiedy brakuje gliny Hebrajczycy murują ściany używając jako cegieł swoich własnych dzieci. Małych ciał wyszarpanych z ich własnych ciał,krwi z własnej krwi, kości z własnych kości. Faraon zmusza ich aby uśmiercali to co najbardziej ukochane aby mury rosły na jego chwałę. Chwila… skoro to my sami jesteśmy tym faraonem w istocie to mury rosły na naszą chwałę…. Zatem czym są owe dzieci składane w ofierze opętańczej pysze nas samych?

*

Budowanie murów tych miast to wznoszenie zapór dookoła własnych pragnień a nade wszystko uciszanie pragnienia więzi ze Stwórcą. Bo przecież oba te miasta jak i wszystkie krajobrazy i przestrzenie Tory to opis rzeczywistości obecnej wewnątrz nas samych. Zamienienie miast na spichlerze to ujarzmianie, kanalizowanie ich za wszelką cenę. Betonowanie tego co żywe i krzyczące. Ale ponieważ te pragnienia są nieskończone i bezdenne jak otchłań -to wszelki usiłowanie aby je ujarzmić staje się praca niewolniczą. Trudem bez końca, beznadziejnym, i z definicji skazanym na porażkę.

*

Faraon jest bezwzględny. Żąda podporządkowania,całkowitego ukierunkowania na spełnianie swojej woli. Jest przy tym nieskończenie mądry i przebiegły. I jest nas w stanie przekonać, że pracujemy dla dobra siebie samych choć w istocie jego wolą jest związanie nas w beznadziejnej pracy tak abyśmy nawet nie mieli siły aby pomyśleć o czymś innym.O czym? Czego tak się boi Faraon? Przekonamy się za chwilę.

Jego perfidia polega na tym, że w tej mądrości wie że mimo niewolniczego wysiłku i tak nie jesteśmy w stanie przeciwstawić się sile natury naszych pragnień. Nie jesteśmy zdolni ujarzmić ich naporu. Ale on to wykorzystuje przeciwko nam. Obwinia nas o naszą niedoskonałość, okłamując nas, bo prezentując swoja boskość jako nasz ideał, któremu mamy oddawać cześć beznadziejnie starając się mu służyć, a cokolwiek byśmy zrobili i tak będzie z nas niezadowolony.

           Raszi wspomina o pewnym szczególe:otóż kiedy Mojżesz udaje się do Faraona wpierw idzie nad rzekę gdzie ów zwykł był pod osłoną mroku świtu – w ukryciu – załatwiać swoje naturalne potrzeby ukrywając przed wszystkimi fakt, że jest zwykłym człowiekiem a nie bogiem za jakiego się podawał. Uwaga może się wydawać śmieszna w swojej oczywistości ale weźmy pod uwagę, że napisał ją jeden z najwybitniejszych umysłów wszechczasów i do tego kabalista. Zatem raczej chodzi tu o jakieś ukryte sensy a nie o anegdotę. I tak jest w istocie, bo gdy przeczytamy ją w kontekście naszych rozważań to dostrzeżmy, że to o nas samych. To my jesteśmy tym faraonem udającym boskiego władcę i zmuszamy siebie samych dobudowy murów nad naszymi pragnieniami, choć w istocie nie jesteśmy w stanie uciec przed naszą przyrodzoną naturą.

*

           Każde tłumione pragnienie będzie dążyć do swojego zaspokojenia, w ten czy inny sposób. Po prostu nie ma innej możliwości – takie jest prawo natury. I Faraon nie jest tu żadnym wyjątkiem.Bycie faraonem nie czyni nikogo bogiem. Dokładnie w ten sam sposób funkcjonuje każdy z nas. Nawet gdy już zasiądziemy na tronach jako władcy Ramses i Pitchom- dalej będziemy zmuszeni zaspokajać swoje najbardziej przyrodzone i osobiste potrzeby,nawet uciekając od tego, spychając to w podświadomość czy wikłając się w beznadziejnym usiłowaniu zastąpienia czymś innym. Bo bez tego nikt z nas nie mógłby istnieć.

*

           Niewolnicza praca przy murowaniu miast nie przynosi nic prócz jeszcze większego zniewolenia i to co dotąd było codzienną pracą staje się mozołem nie do zniesienia. Hebrajczycy zaczynają wołać do Stwórcy. Bo czas udręki się dopełnił i lud – czyli nasze pragnienia – dojrzał i jest miejsce na ingerencję z Góry. I Faraon zaczyna się bać. Ten strach jest równoczesny z pojawieniem się autorefleksji na temat naszych własnych pragnień.

Czy mone są? Skąd pochodzą? Dlaczego mają taką a nie inną naturę? Skąd się to bierze?

          Faraon panicznie boi się, że możemy dojść do zrozumienia jakie podają nam kabaliści: nasze pragnienie są nieskończone bo ich Stwórca i dawca jest nieskończony – one mają po prostu naturę podobną do Tego od kogo pochodzą. Bo ja, jako ja, tak naprawdę moich pragnień nie mam. Wszystkie moje pragnienia ja tylko otrzymałem. Wszystkie, jakie mi się wydaje, że posiadam, to pragnienia mojego ciała (w szerokim znaczeniu) a moje ciało to nie jestem ja. To jest coś co ja dostałem, czym zostałem obdarowany. To nośnik mojej świadomości. Zatem pragnienia mojego ciała – a postrzegamy je tu łącznie ze wszystkimi emocjami – to pragnienia ubrania, nośnika mojej istoty – a mówiąc językiem kabały: „konia”. To koń domaga się swych praw,a nie ja. ZatemZARAZ pojawia się pytanie: skoro koń ma takie pragnienia to może i Ten kto go stworzył zaopatrzył go w nie celowo? Któż bowiem jest właścicielem konia? Czy to ja? Nie! Ja jestem tylko użytkownikiem konia –jeźdźcem, któremu użyczono materialnego wehikułu. Właścicielem konia jest Stwórca. A więc pragnienia konia, które odczuwam w sobie nie są w istocie moimi ale tymi, w które wyposażono darowanego mi konia. Są darem od Stwórcy. Nawet jeśli – paradoksalnie – są to pragnienie pozbycia się tych właśnie naturalnych pragnień – wszystko to czynię z myślą o sobie samym.

*

           Do momentu tej autorefleksji wszystko co robimy ma na celu nakarmienie konia. Kiedy zaczynam myśleć –uświadamiać sobie pragnienie i zaczyna mnie ono nurtować. Wtedy staję przed wyborem: czy zaspokoić je bezzwłocznie czy też odroczyć to jego zaspokojenie w czasie. Jednak obie te opcje są w istocie obojętne dla faraona we mnie. Bo tak czy inaczej nawet opóźnienie spełnienia pragnień nie zmienia ich natury. I taksą one ukierunkowane na zaspokojenie potrzeb mojego władcy, czyli mnie samego.Mojego faraona. Odroczenie w czasie nie jest też żadną opcją podobnie jak nie jest nim stłumienie pragnień bo to tylko zamurowanie ich w ścianach własnego więzienia czyli dokładnie to co robili Hebrajczycy zamurowujący swoje dzieci symbol pragnień właśnie) w ścianach egipskich miast kiedy zabrakło cegieł do ich wznoszenia wokół nich samych.

*

           Czego więc tak naprawdę boi się faraon w nas? Boi, że w końcu już nie wezmę dla siebie ale dla emanacji. Dla kogoś innego niż JA. Jeżeli biorę dla emanacji a nie dla siebie to dopiero wtedy dokonuję prawdziwego wyboru bo czynię coś kierując się ku zulati („na zewnątrz mnie” ). Poza samego siebie. Więc tym co nade wszystko chce ukryć przede mną faraon jest świadomość, że skoro zostałem obdarowany pragnieniem, to być może Tym, który zamierzył i chce abym pragnął, jest Ten Drugi. Że skoro ja pragnę to może TEN DRUGI jest spragniony mojego zaspokojenia tych pragnień.

           Ale ponieważ faraon doskonale to wie, w swojej mądrości, dlatego zrobi wszystko aby mi to zasłonić – sobą samym.

*

           Widzimy zatem, że strach Faraona pojawia się kiedy uzmysłowienie sobie istnienia,czyli świadomość własnych pragnień, zaczyna wyprzedzać ich zaspokajanie.Dopiero wtedy pojawia się możliwość zmiany ukierunkowania działań służących do ich wypełnienia.

*

           Mówiąc językiem kabały: Faraon odczuwa strach przed wypuszczeniem ludu Izraela i naprawą jego 70 pragnień.Miejsce strachu faraona to właśnie to wąskie przejście. Ten przesmyk na drugą stronę świadomości.

*

           Na tym etapie pojawia się 10 plag, czyli 10 faz uwalniania pragnień. 10 stopni dojrzewania do naszego samostanowienia w służbie Stwórcy a nie władcy Egiptu, czyli naszemu obrazowi nas samych. Plagi są podzielone na grupy i dotyczą 3 podstawowych aspektów egipskiego galutu i są to: udręczenie, zniewolenie i wyobcowanie, a ostatnia stanowi podsumowanie całości.

*

           Oto Dom Egiptu – czyli czytając dosłownie: faraon – zaczyna chwiać się w posadach. Rozpoczyna się seria podziemnych wstrząsów, a każdy następny jest bardziej dotkliwy od poprzedniego tym bardziej, że jest to następstwo zdarzeń, i skutki kolejnych nakładają się na poprzednie. Na ścianach domu Egiptu pojawiaj się rysy,potem są to pęknięcia w końcu głębokie jak rany szpary – ostatnia plaga powala faraona na kolana, bo to śmierć pierworodnych. Czyli czegoś w czym są zdeponowane nasze wszelkie nadzieje, plany i marzenia o przyszłości.

           Nie, sam faraon nie umiera. Choć wydawałoby się to najbardziej logiczne – on jest nadal potrzebny dla naszego rozwoju.Skoro to ja sam to gdybym umarł nie byłoby już miejsca na naprawę.

           Tym co umiera to pierworodni Egiptu, więc i pierworodny Faraona.

           Czym są ci pierworodni? To moja nadzieja na przyszłość – mój obraz samego siebie. Moje wyobrażenie o tym jak postrzegają mnie inni, jak przetrwam i jak zostanę zapamiętany. To moja osobista tożsamość, z którą wiążę nadzieję przedłużenia swojego istnienia. Plagi więc to takie skazy, stopniowo pogłębiające się pęknięcia na naszym obrazie własnym. I stopniowo dowiadujemy się, że to wszystko co uważaliśmy za prawdę o świecie i o nas samych to fikcja, że jesteśmy udręczeni, zniewoleni i wyobcowani – bo nasze skoncentrowanie na sobie samych skutkuje bezdenną samotnością.

*

           Koniecznie, musimy też zauważyć,że śmierć pierworodnych następuje na skutek przejścia przez Egipt bytu nazywanego w Torze Aniołem Pana.To określenie objawienia się Stwórcy. Zatem śmierć pierworodnych jest skutkiem konfrontacji z Obecnością Stwórcy, z potęgą Jego majestatu. W czasie tej nocy musi umrzeć w nas wszystko co nie jest z Niego, co nie nosi na sobie pieczęci podobieństwa do Niego. To nie est kara w naszym europejskim rozumieniu. To nie żadna egzekucja niewinnych dzieci karanych za grzechy ojców. To nieuchronny SKUTEK objawienia Mocy Stwórcy. To naturalna kolej rzeczy, zwykłe następstwo zdarzeń. Tak jak wrzucona w płomienie kartka papieru znika i przestaje istnieć bo taka jest fizyczna natura zjawiska spalania. Nie darmo Bóg jest nazywany w Torze ogniem trawiącym.

           Śmierć pierworodnych Egiptu w nas to skutek konfrontacji z obecnością Bożą dla wszystkiego co jest naszym własnym tworem powstałym ku zaspokajaniu naszych własnych pragnień. Jego objawienie się przynosi śmierć dla wszystkiego co nie nosi na sobie śladu przymierza, czyli wspólnoty z Nim – NIE jest z Niego ale jest z odwrotności, czyli z nas.

*

           W modlitwie czytamy: „Wybawiłeś nas z Egiptu, HaSzem nasz Boże i wykupiłeś nas z domu niewoli. Wszystkich ich pierworodnych uśmierciłeś,a Twojego pierworodnego uratowałeś, rozciąłeś Morze Trzcinowe…” .

           Umiera nie faraon, ale jego pierworodny wraz z pierworodnymi całego Egiptu, czyli naszymi rozbitymi,niemożliwymi do zaspokojenia pragnieniami czyniącymi z nas beznadziejnych niewolników faraona. Ich śmierć jest konieczna aby został ocalony inny pierworodny. Pierworodny Jedynego w każdym z nas.

           Tak jak pierworodni Egiptu, tak on- Izrael – też jest bytem złożonym.Składa się z niezliczonej ilości ludzi, z Hebrajczyków i tych wszystkich którzy dołączyli do nich w drodze na pustynię aby służyć Stwórcy. Są ich setki tysięcy ale są już jednym. Wielość naszych ukierunkowanych dotychczas na zaspokajanie nas samych pragnień zostaje scalona – nie tracąc nic ze swej różnorodności – i ukierunkowana: cały lud w nas rusza na pustynię aby służyć Stwórcy. Cała ta barwna różnorodność wszystkiego czym jesteśmy wyrywa się z okowów Egiptu i rusza na pustynie służyć Stwórcy. W istocie żadne z pragnień w nas nie ginie – ale oczyszczone obecnością Anioła Pana zmienia o 180 stopni kierunek swojego działania. Już nie jest skierowane na nas samych ale na zewnątrz – w „zulateknu” (hebr.) – ku Stwórcy.

*

           Jednak już zaraz pojawia się poważny problem: Faraon w nas nie byłby sobą gdyby nie ruszył w pogoń za naszymi pragnieniami zjednoczonymiw nadrzędnej chęci aby służyć Stwórcy. Zatem dopada nas w najtrudniejszym momencie bo oto znajdujemy się na pustyni. Z jednej strony drogę zagradza nammorze, czyli znowu pojawia się nieprzebyta otchłań pragnień a po drugiej stoi on sam, czyli Faraon ze swoim wojskiem.

           I znowu Obecność Stwórcy ingeruje w ciąg zdarzeń i zmienia naturę rzeczy. Mojżesz unosi laskę nad wodami i dzieje się coś co przeczy wszelkim prawom: następuje zmiana właściwości wody.Otchłanie wody to przecież prastary symbol nienasycenia. Jednak oto sam Pan przechodzi wraz ze swoim ludem w nas pomiędzy dwiema ścianami morskiej kipieli. Woda nadal pozostaje wodą,nawał naszych pragnień dalej kłębi się ale obecność Stwórcy zmienia całkowicie sens tych pragnień i sens tego nienasycenia. Oto to, czego z mozołem sami próbowaliśmy dokonać,walcząc cały czas i wznosząc ceglane mury mające ujarzmić naszą naturę, stało się faktem w obecności prowadzących nas kolumn obłoków ognia i dymu. My też staraliśmy się ujarzmić nasze pragnienia wznosząc mury z cegieł, ale teraz to nad czym próbowaliśmy zapanować wydaje się zaledwie śmiesznym cieniem wobec potęgi ścian falującej słonej otchłani. Mury z suszonego błota były naszym dziełem wznoszonym ku naszej chwale a w istocie służyły zniewoleniu ku śmierci. Te wydzielające przejście po dnie Morza Trzcin są tymi jakie buduje dla nas Stwórca prowadząc nas ku życiu. I tak przejście naszego ludu, czyli naszych pragnień razem ze Stwórcą pomiędzy ścianami wody, czyli nienasycenia, staje się ponownym przejściem miedzy połówkami. Odnowieniem przymierza z Abrahamem.

*

           To co uważaliśmy dotąd za narzędzie naszego zniewolenia staje się środkiem do przejścia ku wolności życiu w Ziemi Obiecanej. Bo istotą rozwoju nie jest tłumienie pragnień, cembrowanie ich w studniach trawionych wewnętrzną gorączką, ale dawanie im upustu w służbie Stwórcy zgodnie z zamiarem zawartym w planie stworzenia. Bo skoro On dał nam te pragnienia to chce On abyśmy Jemu nimi służyli. To On chce abyśmy pragnęli i chcieli – dla Niego samego, abyśmy mogli emanować z radością swoją służbą ku Niemu, w „zulatejnu”, zanosząc Mu wszystko co tylko zdołamy dać z nas samych, tak aby On mógł tym szerszym strumieniem przelewać się w nas na Swoją chwałą.

*

           Jeśli jednak mówmy o emanacji to trzeba zrozumieć, że tu wynagrodzeniem za ruch jest świadomość służby Drugiemu.I to właśnie musi zostać przyswojone,odczute i zinternalizowane. To właśnie trzeba dodać do swoich algorytmów myślowych.

           I tego tak bardzo boi się faraon.A bojąc się zrobi wszystko aby ukryć i zakryć fakt, że w ogóle coś takiego istnieje. Bo ten dodatek, ta myśl o tym co poza mną, na zewnątrz mnie – o zulato – to jest myśl do jakiej jest zdolny tylko już stworzony (używamy tu tego określenia w sensie kabalistycznym).

           Żadne pragnienie, które odczuwa mnie jest moje, ale skoro zostałem nim obdarowany przez Tego, który mnie stworzył, to mam prawo przypuszczać, że On sam dokładnie tego samego pragnie dla mnie dokładnie w tym momencie i dlatego ja w ogóle jestem zdolny aby coś takiego odczuwać. Zatem realizacja   takiego pragnienia nie może być postrzegana jako spełnianie obowiązku służby ale jako dawanie materialnego wyrazu mojej miłości do Stwórcy. Więc powinno to być coś czego pragnę całym sobą bo rozumiem, że wszystko co się dzieje i co czuję, wypływa z Jego miłości ku mnie.Skoro zaś tak zostałem ukochany to chcę odpowiedzieć tym samym. Zatem nie ma tu mowy o żadnym przymusie, konieczności czy lęku ale jedynie o postępowaniu płynącym z głębokiego odczucia miłości. Z tego, że On jest dla mnie ważny. Daleko ważniejszy ode mnie samego.

*

           Problem w tym, że jako ludziom trudno nam uświadomić sobie, że w istocie nie mamy NIC czego byśmy nie otrzymali od Stwórcy, i czymś takim są też nasze pragnienia, które są nam dane abyśmy poprzez ich realizację służyli ich Dawcy.

Z pozdrowieniami, 1118.


 

About the author: miriam